Z pamiętnika lampy błyskowej – fragmenty i nasz komentarz
Na stole przede mną aparat, 2 lampy błyskowe i trochę gadżetów do nich plus bardzo mądra książka traktująca o tym jak tychże lamp używać i jeszcze jedna o świetle w fotografii w ogóle. Przeczytałem obie, ale jedyne co mi po tym pozostało, to niezbyt dokuczliwy, acz narastający ból głowy przypominający jedynie o tym, że przekroczyłem próg ilości „technikaliów” możliwych do przyswojenia przez człowieka nie mającego na swoim koncie doktoratu z fizyki jądrowej. Stop!
Potrafię zatem robić zdjęcia, użyć (z dobrym skutkiem) lampy błyskowej, nawet dwóch, wiem do czego służy blenda, czy softbox. Używając ich i stosując się do zaleceń z ww. książek, zdarzy się sprawić, że moje zdjęcia nie wyglądają tak, że palec automatycznie zmierza w kierunku tego małego guziczka na korpusie aparatu, opatrzonego jakże wymownym obrazkiem przedstawiającym kosz na śmieci. Są po prostu OK. Technicznie poprawne. Ale bez wyrazu, bez tego czegoś, dzięki czemu oglądający je powiedziałby „łaaaał!”.
Przydałby się jakiś nauczyciel praktyk, mentor, po prostu ktoś, kto na świetle w fotografii zjadł zęby. Ktoś, kogo można by podglądnąć przy pracy. Kogoś jak David Hobby, czy Joe McNally. Marzenia! Zaraz, zaraz! Wszak mam jeszcze jedną publikację traktującą o lampach błyskowych i to autorstwa właśnie Joego McNally! Odłożyłem ją „na później” stwierdzając, że na etapie początkującego „błyskacza” niewiele z niej zrozumiem. Jak się później okazało był to spory błąd. A może nie?
Książka, o której mowa to „Z pamiętnika lampy błyskowej. Wielka siła małych fleszy”, autor – Joe McNally. Przystąpiłem do lektury i już po paru pierwszych stronach poczułem jak ból głowy powoli mija. Po 2-3 dniach byłem już pewien. Ta książka jest GENIALNA! Nie! Książka jest świetna, a autor jest genialny! Doskonały fotograf, o światowej renomie i z ponad 30-to letnim doświadczeniem, a dodatkowo potrafiący w niebanalny sposób przekazać swoja wiedzę. I w zasadzie recenzję można w tym miejscu zakończyć. Magia nazwiska powinna zrobić swoje.
Mimo wszystko postaram się ukazać dlaczego pozycja ta będzie wartościowym nabytkiem dla każdego, kto przynajmniej w stopniu średnio-zaawansowanym interesuje się fotografią i wykorzystaniem w niej lamp błyskowych. Tak, właśnie średnio-zaawansowanym. Profesjonalni fotografowie nie znajdą w niej nic więcej niż to, co już sami wiedzą. W ich przypadku interesujące może być samo podglądnięcie jak pracuje światowej sławy fotograf, przypatrzenie się jak od kuchni wygląda jego „warsztat”. Początkujący natomiast mogą się poczuć nieco zagubieni i to pomimo, że sam autor stara się nie poruszać skomplikowanych szczegółów technicznych i nie stosuje niezrozumiałej nomenklatury.
W tym miejscu warto wspomnieć o języku jakim jest napisana książka. Można by ten styl określić jako lekki, łatwy i przyjemny. Bo taki jest. Jest też niewątpliwie zabawnie, a to głownie zasługa tego, że autor (jak sam o sobie pisze) jest chodzącą dygresyjnością. Wrażenie lekkości budują też ciekawe i zabawne schematy (zakładam, że autorstwa samego Joego McNally) ustawienia sprzętu na scenie, na których autor-fotograf opisany jest z reguły jako „wariat z aparatem”. W większości jest jednak konkretnie. Konkretnie jeśli chodzi o opisy sprzętu, zastosowanych rozwiązań i poetycko gdy przychodzi do opisania światła, efektu jaki otrzymujemy kształtując je w taki czy inny sposób.
„Światło jest jak żywe srebro. Magia.”
O czy zatem dokładnie jest ta książka? W skrócie – o świetle i o lampach błyskowych, ale nie tych dużych studyjnych, tylko tych małych, zakładanych do aparatu. O tym w jak prosty sposób możemy naprawić zdjęcie kiedy zabraknie nam już naturalnego światła, albo jak stworzyć coś co nigdy w rzeczywistych warunkach powstać by nie mogło. To magia światła, a autor niczym David Copperfield światła błyskowego odsłania przed nami tajniki swej magii. Sprawia, że światło ożywa, daje się kontrolować i jest posłuszne woli fotografa przywołując „Oświetloną Panią (z) Jeziora”, z ciemności wydobywa na światło małego elfa, lub podczas zmroku dokonuje niemożliwego i nad horyzont ponownie wywołuje słońce.
Chciałbym się też odnieść do słów autora, który zarzeka się, że książka ta, to nie podręcznik, czy kompendium wiedzy. Połowicznie się zgodzę. To nie podręcznik. Przystępując do czytania wypadałoby posiadać już jakąś wiedzę z dziedziny fleszy, światła i oświetlenia w fotografii. Tu nawiązuję do tego co napisałem nieco wyżej pisząc do kogo skierowana jest ta książka. Autor trzyma się określenia pamiętnik i tak też notabene zatytułowana jest ta pozycja. Jakkolwiek ja określiłbym ją jako swego rodzaju nietypową książkę kucharską. Ale nie taką klasyczną gdzie mamy potrawy spisane alfabetycznie, a przy każdym przepisie podane dokładnie składniki wraz z aptekarską instrukcją jak je połączyć. Ta książka „kucharska” pokazuje jak ze zwykłych dań, które już znamy stworzyć arcydzieło, jakich nietypowych „przypraw” i jakich technik „kucharskich” możemy użyć żeby nasz zwyczajny bigos stał się godzien królewskiego stołu. Mamy podaną potrawę i jej sposób przyrządzenia przez samego mistrza. I jak się okazuje czasem dodanie tylko szczypty soli (w tym przypadku światła oczywiście) może zdziałać cuda. Dodanie, bądź ujęcie. Bo i o sztuce “nie_świecenia” w odpowiednich miejscach też będzie mowa.
Technicznie książka podzielona została na cztery rozdziały. W części pierwszej opisano podstawy pracy z fleszami, czego autor używa i dlaczego używa tego, co używa. Mamy zatem parę słów o aparacie i jego ustawieniach, o trybie preselekcji przysłony, pomiarze matrycowym, o czułości (ale nie tej z ckliwych hollywoodzkich melodramatów), o ekspozycji i jej kompensacji, o balansie bieli, przestrzeni kolorów, czerwonych oczach, pierwszej i drugiej kurtynie, o samym błysku i jak nim sterować w aparacie, wyświetlaczach, histogramach i „innych bzdetach” (słowa autora!), o dyfuzorach, filtrach konwersyjnych, klamrach, statywach i ekranach, parasolkach, softboxach, czy pospolitych blendach, a nawet o tym jak trzymać aparat i o tym dlaczego prawooczni mają przechlapane ;-)
„To zwykła matematyka, nieprawdaż? Nie. To fotografia, najbardziej nieścisła z nauk.”
Trzy kolejne części to już sama kwintesencja. Zbiór przypadków, z których każdy jest mistrzostwem samym w sobie. Mistrzostwem oświetleniowym, bo niewątpliwym jest, że jeśli byłyby jakieś zawody w umiejętności wykorzystania małych fleszy Pan McNally zostałby niekwestionowanym mistrzem (no dobra, w szranki z nim mógłby stanąć chyba jedynie niejaki David Hobby, ale to temat na inny, może kolejny, artykuł). Mamy zatem rozdział poświęcony użyciu, li tylko jednej lampy błyskowej. Jak używać jej niczym magicznej różdżki a la Harry Potter tak, by światło zrobiło to co chcemy, tudzież pojawiło się dokładnie tam gdzie pojawić się powinno? Dalej – część trzecia traktuje o tym, jak mając dwie lub niewiele więcej lampy ukazać „dynamiczny taniec”, „człowieka w cieniu”, bądź sprawić że pojawią się tajemnicze „twarze w lesie”. Czwarta i ostatnia część pokazuje to z czego autor słynie najbardziej, czyli jak mając do dyspozycji więcej fleszy osiągnąć efekt porównywalny w swej skali do magii Davida Copperfielda „znikającego” Statuę Wolności. Tu – oświetlając Mur Chiński, czy instalując drugie, prywatne słońce na pustyni, kiedy to prawdziwe nie do końca chce współpracować.
W każdym rozdziale, w każdej z opisywanych scen autor-fotograf, nazywany w książce „wariatem”, pokazuje nam cały proces, który prowadzi do powstania jego niezwykłych, malowanych światłem małych lamp błyskowych arcydzieł. Obnaża poszczególne jego etapy, poczynając od wstępnego (nierzadko szalonego) pomysłu, prób (czasami równie zabawnych co nieudanych!), aż po efekt końcowy (zawsze spektakularny).
Publikacja ta, to prawdziwa skarbnica wiedzy, wiedzy praktycznej i kopalnia szalonych pomysłów na sesje fotograficzne. Między wierszami natomiast możemy przeczytać jak radzić sobie z większą grupa niesfornych młodocianych modeli, jak rozmawiać z ludźmi, jak zachowywać się podczas sesji, jak improwizować, a nawet dowiedzieć się (co może wydawać się dziwne z racji o czym traktuje publikacja), że ostatecznie:
“Chwila jest ważniejsza niż światło”
Jakości wydania nie można nic zarzucić – papier, druk, czy wreszcie same zdjęcia – są bez zarzutu. Jakość reprodukcji jest w przypadku takiej pozycji szczególnie ważna. W końcu mówimy o fotografii, nie wspominając już o tym, że niejednokrotnie jeden obraz zastępuje tysiąc słów!. Wydawnictwo GALAKTYKA przyzwyczaiło nas już chyba do tego, że ich wydania są na naprawdę światowym poziomie. Książka trzyma oryginalny format amerykańskiego oryginału, a tłumaczenie jest bardzo dobre. Udało się przenieść na nasze rodzime podwórko wszystkie smaczki, żarciki i dygresje „na boku” jakimi raczy nas autor w tekście książki. To ważne, gdyż taki po prostu jest styl tej książki, a trzeba wspomnieć, że wcześniejsza publikacja Joego McNally, czyli „The Moment it Clicks” (polski tytuł: “Uchwycić moment”.) poprzez nie do końca udane tłumaczenie zatraciła sporo ze swojego oryginalnego klimatu i tych niuansów, które odróżniają dzieło wybitne, od tego zwyczajnie dobrego.
Czy polecam? Oczywiście! Jeśli tylko jak ja zastanawiasz się co tu jeszcze zrobić z tą swoja lampą błyskową (bądź lampami), kiedy wydaje ci się, że ją już poznałeś(łaś), a jednocześnie uważasz, że twoim zdjęciom brakuje magii światła – ta pozycja jest dla ciebie! To w końcu dość rozważne uczyć się od najlepszych, nieprawdaż?
Tytuł oryginału: The Hot Shoe Diaries: Big Light from Small Flashes.
Autor: Joe McNally
Tłumaczenie: Jakub Kołodziej i Przemysław Imieliński
Wydawca: Galaktyka Sp. Z o. o.
Format: 20 x 23 cm
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka


12:54













No comments yet... Be the first to leave a reply!