Aparat jest przepustką, bym mógł patrzeć komuś prosto w oczy – rozmowa z Grzegorzem Ziemiańskim
Czym Nowa Huta wyróżnia się od innych dzielnic Krakowa, co jest w niej fascynującego? Czy fotografowania można się nauczyć? Co jest najciekawszego w byciu fotografem? O tym między innymi rozmawiałam z Grzegorzem Ziemiańskim, fotografem dokumentalistą urodzonym w Nowej Hucie. Zapraszam do lektury wywiadu.
Katarzyna Mróz: W jednym z wywiadów wspomniał pan, że zaczął fotografować Hutę, ponieważ w mediach trwała nagonka na tę dzielnicę. Od tego czasu minęło dziesięć lat, prawda?
Grzegorz Ziemiański: Tak, to był bodziec do tego, by rozpocząć fotografowanie, czyli pracę. Podstawowym problemem, od którego wyszedłem, było to, co zrobić, by miejsce, w którym mieszkam, zmieniło się. Chciałem też znaleźć sposoby, jak to zrobić. Aparat fotograficzny pojawił się jako jedna z metod pracy, i w moim przypadku, okazał się chyba trafnym wyborem.
Stał pan wówczas przed wyborem drogi zawodowej?
Mniej więcej dziesięć lat temu stanąłem przed dylematem: ukończyłem swoje pierwsze studia i okazało się, że wcale nie chcę robić tego, czego miała nauczyć mnie tamta uczelnia. Jak wielu absolwentów uczelni wyższych miałem problemy ze znalezieniem pracy. Chwyciłem wtedy za aparat i zacząłem fotografować to, co się działo w Nowej Hucie, przez pryzmat własnego, aktualnego wówczas stanu emocji.
Czy Nowa Huta zmieniła się w przeciągu tych dziesięciu lat?
To jest taka parabola: zaczynaliśmy z poziomu zerowego, mniej więcej po pięciu latach wspięliśmy się na szczyt, i obecnie znów skłaniamy się ku dołowi. Huta ponownie staje się zapomniana. Apogeum zainteresowania minęło i znów jesteśmy na równi pochyłej.
Czym objawiło się to apogeum zainteresowania Pana dzielnicą?
Parę osób bardzo dynamicznie działało na rzecz Nowej Huty, wśród nich był radny, któremu bardzo mocno na tej dzielnicy zależało. Miało to konkretne przełożenie na wszelkie działania w dzielnicy. Ludzie widzieli, że tam, w Radzie Miasta Krakowa jest ktoś, kto za nich walczy, więc widzieli większy sens, by aktywizować siebie i społeczność lokalną. Niestety od czasu, kiedy radny ustąpił ze swojego stanowiska – jego kadencja się nie przedłużyła – i nie znalazł się jego następca, nowohucianie jakby zapadli w sen.
W Hucie drzemie potężny potencjał energetyczny. Ile jednak można pracować samodzielnie, nie mając poparcia, w tym finansowego? Ileż można generować z siebie tej energii, która ostatecznie uderza w mur? Tak było chociażby z 1949 Club, który działał na wielu płaszczyznach kulturowych: przygotowywali pokazy filmowe, ściągali turystów z zagranicy. Jednak mieszkańcy bloku, w którym mieścił się klub, twierdzili, że jego działalność jest zbyt uciążliwa. Często bywałem w tym miejscu i nie było mowy o jakimkolwiek hałasie, tym bardziej, że w klubie nie można było kupić napojów alkoholowych. Jego otwarcie zbiegło się w czasie z kampanią wyborczą, było bardzo szumne, obecny był prezydent miasta. Kilka lat później zamknięcie 1949 Club odbyło się cicho, szybko, bo lokatorzy wygrali proces sądowy w sprawie zakłócania ciszy i spokoju nocnego. Wszelkich oficjeli już wówczas zabrakło.
Twierdzę z pełną stanowczością, że energia w Nowej Hucie jest, tylko musi się znaleźć ktoś, kto to dostrzeże i odpowiednio wykorzysta.
Jak widzi Pan swoją rolę jako fotografa w tym, by coś zmienić?
Na jednym z portali społecznościowych zauważyłem zdjęcie, pod którym było napisane (podaję w tłumaczeniu): jeżeli ci się wydaje, że jesteś za mały, aby mieć wpływ, to spróbuj usnąć w pokoju, w którym brzęczy komar. Staram się być takim komarem, zadającym rany i pokazującym bolączki Nowej Huty. Staram się działać sam, w pojedynkę, co ma tę korzyść, że nie jestem niczym skrępowany, mogę fotografować, co chcę.
Przez wiele lat prowadził pan bloga poświęconego Nowej Hucie (www.blog.fotohuta.pl). Obecnie blog jest zamknięty. Czym on był, albo czym nadal jest?
W sumie jest rodzajem mojego dziennika podróży po Nowej Hucie. Został w sieci po to, aby osoby zainteresowane tym miejscem mogły z niego czerpać. Prowadziłem go również w czasie wspomnianego boomu, w okresie inicjatywy tożsamościowej „I love NH”. Dziennik jest mocno związany z tym momentem w dziejach Nowej Huty. Mam nadzieję, że poprzez swoje działania przyczyniłem się do owego ożywienia mojej dzielnicy. Być może blog wystartuje ponownie ale już w innej formie.
W jaki sposób, pana zdaniem, wyróżnia się ta dzielnica spośród innych? Na czym polega jej wyjątkowość?
Nowa Huta jest wyjątkowa, ale w ciągu tych kilku ostatnich lat jej wyjątkowość jakby nieco przyśniedziała. Do czasu, kiedy Huta była „sypialnią” Krakowa, ludzie pomimo tak bardzo nagłaśnianych patologii, które niekoniecznie były prawdziwe, znali się. Kiedyś było tak – nawet moja mama tak mówi – że przejeżdżało się obok przystanku na os. Handlowym i było jasne, kto stoi na przystanku, gdzie i po co jedzie. Ludzie się wzajemnie znali. Rozwinięte relacje sąsiedzkie były mocną stroną Nowej Huty.
Teraz Huta stała się dzielnicą modną do mieszkania, jest zielono, wygodnie. Ludzie jednak już się nie znają. To wszystko rozwadnia cały ten koncentrat czystej nowohuckości. Coraz częściej przychodzi mi na myśl, czy nie lepiej było, kiedy tylko my – nowohucianie – wiedzieliśmy jak jest fantastycznie w naszej dzielnicy gdyż śródmiejska gawiedź, pod grozą mordobicia, bała się do Nowej Huty zapuszczać.
Co panu w Nowej Hucie podoba się najbardziej?
Ludzie. Po tak długim okresie życia w tej części Krakowa – to oni stanowią najważniejsze i niewyczerpalne źródło to moich poszukiwań fotograficznych.
W jaki sposób można promować taką dzielnicę?
Chociażby poprzez internet. Tak się składa, że mieszkając i pracując w Nowej Hucie, w środowisku fotograficznym jestem odludkiem. Wszystko dzieje się w Śródmieściu, w centrum. Huta natomiast jest na uboczu i niejednokrotnie ciężko jest wyjść do Krakowa z tym, co się robi. Zdecydowanie łatwiej jest umieścić swoje prace w internecie i wysłać linki. Jakiś czas temu nawiązałem kontakt z dziennikarką z Francji, którą w czasie jej pobytu w Polsce oprowadziłem po Nowej Hucie. Poznaliśmy się na Węgrzech, gdzie wraz z zespołem Wu-Hae prezentowaliśmy nowohuckie działania artystyczne w ramach projektu „Nowa Huta Export”
Działalność Łaźni Nowej jest dla mnie przykładem – między innymi oczywiście – dobrej promocji dzielnicy.
Tak, chwała za to, że Łaźnia się tutaj pojawiła. Wcześniej teatr działał przy ul. Paulińskiej a jako, że Bartek Szydłowski pochodzi z Nowej Huty, a ówczesny lokal przestał być dla nich „przyjaznym”, to zaczęli poszukiwania nowego. Huta miała duże szczęście, że znalazł się w niej taki lokal. Wiadomo jednak, że po przeprowadzce następuje ciężki okres „przeprowadzki publiczności teatralnej”. Bartkowi udało się to doskonale właśnie poprzez doskonałą promocję zarówno teatru, ale przede wszystkim dzielnicy, która zaczęła być jak magnes dla łaźnianej publiczności.
Jest pan absolwentem Akademii Fotografii, brał udział w kursach Agencji Magnum, studiuje w Instytucie Twórczej Fotografii w Opawie. Czy zatem fotografii można się nauczyć?
Zacząłem od wzięcia aparatu do ręki. Potem był długi czas wypełniony żmudną pracą. Poznawałem tajniki fotografii od strony technicznej, pracując w laboratorium fotograficznym. Potem uczyłem się w kilku szkołach. Skończyłem kurs fotografii na Politechnice Krakowskiej w Instytucie Architektury i Konserwacji Zabytków, jeszcze wcześniej kurs w Nowohuckim Centrum Kultury. Potem uczyłem się na Akademii Fotografii, teraz kształcę się w Opawie. Nie mogę powiedzieć, że te szkoły nie wnoszą nic do mojego doświadczenia. U mnie było tak, że pewne drogi zostały mi pokazane. Spotykam się z wieloma ludźmi, którzy swoje życie poświęcają fotografii, oni prowadząc wykłady, pokazują mi drogi, jakimi szli. Mogę się wtedy zastanowić, czy jest to droga dla mnie dobra, czy te kierunki są tożsame z moimi.
A jak pan postrzega fenomen szkoły w Opawie?
Nie wiem, czy pasuje tu określenie „fenomen”. Wydaje mi się po prostu, że tamtejsi wykładowcy przyjmują na studia ludzi, którzy coś już osiągnęli w swojej drodze fotograficznej lub na to rokują, a koncentracja takich indywiduów w jednym miejscu powoduje mieszanie się różnorodnych poglądów i szansę na powstanie nowych pomysłów, kierunków, a może nawet idei. Spotkałem się też z opinią, że absolwenci tej szkoły fotografują ciągle w jednym stylu. Niekoniecznie jest to prawdziwe. Kiedy dwa lata temu zostałem przyjęty w poczet opawskich studentów, pojawiła się tam grupa fotografujących nieco inaczej niż dotychczas. Myślę, że szkoła podąża z duchem czasu, wyłapując tych, którzy fotografują zgodnie z obecnymi trendami. Tam każdy znajdzie to, czego szuka, czy to będzie fotoreportaż, czy fotografia konceptualna.
Co jest najfajniejsze w byciu fotografem?
Myślę, że słowo „fajne” zbyt trywializuje problem. Użyłbym raczej określenia „pociągające” czy „interesujące”.
Aparat jest swoistą przepustką, aby móc popatrzeć komuś prosto w oczy i zadać nieoczywiste czy wręcz nieoczekiwane pytanie. Stojąc przed kimś z aparatem, mogę oczekiwać, że mój rozmówca udzieli mi na to pytanie odpowiedzi, bo w jego świadomości (i w ogóle w świadomości naszego społeczeństwa) jest przyzwolenie, aby fotograf zachowywał się trochę inaczej, aby był osobą oderwaną nieco od rzeczywistości. Fotograf może się poruszać w miejscach, do których ktoś inny by nie wszedł. Uważam, że jeśli ktoś – zachowując należytą postawę stosowną do miejsca i chwili – ma przewieszony przez szyję aparat fotograficzny, to może odrobinę przekraczać przyjęte społecznie konwenanse.
Jaką rolę w pana fotografii odgrywa przypadek?
Dużą, przy czym staram się ten przypadek wychwycić. Czekam na niego, wiem, że się pojawi, a kiedy się wydarzy, to staram się jak najszybciej być gotowy, by go zarejestrować. To jest meritum mojego fotografowania.
Jakie są pana plany na przyszłość?
Niedawno zakończyłam czas wypełniony ciężką i dość prozaiczną pracą. Teraz nastąpi okres skoncentrowania uwagi na Nowej Hucie. Mam nadzieję, że zaowocuje to jakimś ciekawym projektem.
Grzegorz Ziemiański (1979) – fotograf dokumentalista skupiony na post-industrialnej dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. Obecnie student Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie w Republice Czeskiej. Uczestnik warsztatów fotograficznych londyńskiej agencji fotograficznej Magnum Photos. Absolwent Akademii Fotografii w Krakowie. Absolwent Studium Fotografii Instytutu Historii Architektury i Konserwacji Zabytków Politechniki Krakowskiej. Magister Turystyki i Rekreacji na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. W okresie 2009–2010 fotoreporter Dziennika Polskiego. Strona internetowa: www.fotohuta.pl


09:51








No comments yet... Be the first to leave a reply!